Światło Miłości cz. 5
Relacja z wizyty Bhagawana Śri Sathya Sai Baby w Afryce Wschodniej
N. Kasturi
Cd. części 1
Rozdział 6

Nauczyciel
Dziesiątego lipca wypadało święto Guru Purnima. W tym dniu duchowi aspiranci pochylają się do stóp swoich mistrzów, guru, duchowych nauczycieli. Każdego roku ten dzień, uwieńczony pełnią księżyca, poświęcony jest na adorację mistrza oraz wszystkich nauczycieli dyscyplin duchowych, począwszy od pierwszego z nich, wielkiego Wiasy, który zebrał wedyjskie hymny, napisał powszechnie znany epos ‘Mahabharatę’ oraz traktat filozoficzny, jeden z fundamentalnych tekstów Vedanty, noszący nazwę ‘Brahma Sutra’. Baba jest Guru, który prowadzi setki tysięcy osób w Indiach i za granicą. Dlatego szczególnie w tym dniu Jego fizyczna obecność jest bardzo pożądana. Baba zaproponował, że tego dnia o 10:00 rano opuści Kampalę po udzieleniu wielbicielom darszanu i wyląduje w Bombaju o 21:45, aby przed końcem dnia tamtejsi wielbiciele również zyskali szansę ujrzenia Go. Obydwa kontynenty powitały ten pomysł jako szczęśliwe podzielenie się łaską. Baba postanowił poświecić ten dzień Afrykanom, posyłając w inne miejsca jedynie sygnały Swojej obecności. Nad drogami rozciągnięto transparenty, pod którymi przeszła tego ranka cała Kampala śpiewając bhadżany. O świcie zebrała się przed portretem Baby grupa chórzystów na czele z tanzańskim pieśniarzem Jitu, by adorować Pana. Bhagawan łaskawie przyjął hołd dr Patela oraz członków jego rodziny, a także przybyłych z Nim wielbicieli z Indii, a potem skierował się ku morzu wyczekujących wielbicieli, pragnących rozkwitnąć pod Jego spojrzeniem. Afrykanie, gdy zbliżał się do nich, klękali i ofiarowywali Mu bukiety przepięknych róż i lilii. Hindusi zbierali pył, na którym stawały Jego stopy i posypywali sobie nim głowy. Był to niezwykle poruszający widok. Nie mogłem opanować napływających mi do oczu łez radości patrząc na to inspirujące, szczere, spontaniczne oddanie dla mojego Pana, który oznajmił: „Jestem wszystkimi Bogami adorowanymi przez ludzi”.


Darszan trwał dwie godziny. Baba docierał do
wszystkich zakątków, szukając osób siedzących w słońcu, aby mogli szybciej
wrócić do domów. Każdemu ofiarowywał wibhuti,
będące tradycyjnym znakiem łaski Guru i słodki prasad, symbolizujący słodkie i kochające usposobienie, które każdy
dążący do wyzwolenia człowiek musi rozwinąć w sobie. ‘The Uganda Argus’, gazeta
wydawana po angielsku, zamieściła artykuł o Babie ze zdjęciami prezentującymi
Jego działalność w tym kraju. Napisano w nim: „Śri Sathya Sai Baba utrzymuje,
że podstawowe zasady wszystkich religii na świecie są takie same”.
Zastanawialiśmy
się, kogo Baba pobłogosławi tego dnia upadeszą,
duchową instrukcją. Baba wybrał grupę wolontariuszy składającą się z około 200
mężczyzn i kobiet w różnym wieku, którzy bardzo dobrze opiekowali się ludźmi
podczas spotkań i sesji bhadżanowych. Ugandyjscy policjanci szczerze oddani
Babie okazali się wspaniałymi ludźmi z poczuciem humoru. Ciekawość i zachwyt,
które odczuwali, przekształciły się w podziw i przywiązanie. Baba obdzielił ich
szczególną łaską, zwłaszcza tych, którzy towarzyszyli Mu w pilotujących autach
i skuterach.
Policję dbającą o
organizację ruchu i bezpieczeństwo z talentem uzupełniała grupa wolontariuszy,
nie biorąca wcześniej udziału w odpowiednich kursach, ani nie mająca
doświadczenia z tak wielkimi tłumami. Jej jedynymi narzędziami było oddanie dla
wykonywanego obowiązku, szacunek dla starszych i wytrwałe lekceważenie własnych
wygód. Piętnastego lipca, po powrocie do Indii, Baba wystąpił na spotkaniu
powitalnym. Wysoko ocenił pracę afrykańskich ochotników i łagodnie zbeształ
bombajskich członków sewadal za to,
że nie wznieśli się na poziom ugandyjskich wolontariuszy, mimo że przez wiele
tygodni mieli mnóstwo okazji do służenia.
Kiedy mężczyźni i
kobiety zebrali się w bungalowie dr. Patala, Baba zaskoczył wiele osób pytając,
dlaczego ci, których wymienił z nazwiska, jeszcze się nie pojawili. Nikt nie
przypuszczał, że zna osoby zaangażowane w prace na zewnątrz bungalowu, w
pandalu[1]
czy wokół budynku Patidar’s. Powiedział, że rozmawiał z nimi tego dnia,
ponieważ na to zasłużyli. Podczas dyskursu wezwał ich, aby szukali szansy
pomagania innym i przygotowali się dobrze do służby poprzez szkolenia i zaangażowanie w praktyki duchowe.
Po wyjściu z
bungalowu kontynuował ten temat w rodzinnym kręgu Patelów. „Ludzie są jak krzemień z ukrytym w nim
żarem. Gdy krzemień uderza o krzemień pojawiają się iskry, aż zapłonie wielki
ogień. Tym drugim krzemieniem są zwykle nieszczęścia, straty lub rozczarowania,
wyostrzające umysł i odsłaniające prawdę. Sukcesy i dobrobyt przytępiają
intelekt i inteligencję. Porażka skłania do rozmyślań i do walki o usunięcie
jej źródła. Witajcie więc porażki jako bodziec do działania”, radził. Omówił
szczegółowo recytację imienia Pana pod kątem oczyszczenia umysłu. Rozważając
użyteczność różańców oznajmił, że są pomocne jedynie przez pewien wstępny okres
czasu, ponieważ rozpraszają uwagę. Kiedy różańce sprawiają, że modlitwa staje
się mechaniczna, lepiej ich unikać. „Po co liczyć ile razy wezwaliście Boga?”,
zapytał.
Podczas bhadżanów
wiele osób, które poprzedniego dnia otrzymały paczuszki wibhuti, mówiło z wielką radością i satysfakcją, że zawierały one
nie tylko dar łaski, ale także małe, wyraźne portrety Baby, stworzone przez
niewypowiedzianą wolę Swamiego! Powiedzieli, że są dla nich talizmanami,
ponieważ Ten, który je stworzył, potrafi ich także ochronić od złego. Kolejny
znak boskich mocy Bhagawana ujawnił się, kiedy pewien lekarz ogłosił, że jego aja, piastunka, została wraz z innymi
zaproszona przez Babę na audiencję, podczas której Baba rozmawiał z nią w
jedynym znanym jej języku, to znaczy w suahili! Wieczorem Baba uświęcił Swoją
obecnością operację przeprowadzoną przez dr Patela. Pobłogosławił wszystkich
świętym popiołem, który zmaterializował na miejscu i napełnił wielką mocą.
Stamtąd udał się do domów kilku wielbicieli. I chociaż te wizyty trzymane były
w tajemnicy, ludzie dowiadywali się o nich i spieszyli tam, aby otrzymać
jeszcze jeden darszan, których wciąż
było im mało.
Dwunastego, na długo
przed świtem, trwały przygotowania do wyjazdu do Parku Narodowego Wodospadu
Murchisona. Wyruszyliśmy o 6:30 trzema samochodami. Jeden z członków wyprawy
nie pojawił się w wyznaczonym czasie, ponieważ miał gorączkę. Baba powiedział:
„Proszę! Zjedz wibhuti” i zakręcił
dłonią. Chory przyjął wibhuti, wstał,
szybko się ubrał i przez cały dzień był najbardziej aktywnym uczestnikiem
wyprawy! Samochód Baby jechał szybciej niż inne. Swami po dotarciu do Masindi (219
km), niewielkiego miasta będącego bazą wypadową do parku, powiedział: „Zepsuł
się jeden z samochodów”, a później, gdy dotarliśmy na miejsce, około 80 km dalej,
dodał: „W Masindi wynajęli inny samochód”. Baba widzi wszystko i wie o
wszystkim. Zgodnie z tym, jak Gita opisuje Boga: „ma ręce i stopy w całym
wszechświecie, ma oczy, głowę i twarz w każdym miejscu i w każdym czasie”.
Samochód uległ awarii w Nakasongoli, 116 km od Kampali. Baba wiedział o tym w
momencie, gdy do niej doszło, podobnie jak o wynajęciu drugiego samochodu w
chwili, gdy działo się to w Masindi!
Osiemdziesiąt
siedem km za Masindi wjechaliśmy do Parku Narodowego Wodospadu Murchisona. Przy
wjeździe powitał nas napis: „Słonie mają prawo poruszać się po drogach”. Napis
gwarantował nam oglądanie stad słoni mogących przecinać nasze szlaki, jednak
niektórzy z nas poczuli się nieco zdenerwowani nie wiedząc jaki dystans
powinniśmy zachować wobec nich oraz jak bardzo się przez to spóźnimy. Niedaleko
bramy znajdowało się kilka dzikich bawołów, dalej jelenie i antylopy
rozproszone na niskich wzgórzach. Dotarliśmy do Nilu i siedząc w samochodach
przepłynęliśmy go motorowymi promami. Na drugim brzegu, w pobliżu werandy
hotelu Para Safari Lodge, musieliśmy ustąpić drogę dwóm dorosłym słoniom i samicy.
Wyglądało na to, że są w pełni sił, spokojne i mądre. Nazywanie ich dzikimi
zwierzętami jest błędem. Skierowaliśmy się w stronę domu leżącego blisko brzegu
i tam przyłączyliśmy się do Baby. Potem nadpłynęły motorówki i przez niemal
trzy godziny przeżywaliśmy niezapomniane doświadczenie, posuwając się w górę
głębokiego, szybko płynącego Nilu. Sceneria na obu brzegach, wcinających się
głęboko w zasnute mgłą pasma gór, przypominała kolorowy kalejdoskop. Podpłynęliśmy
w pobliże szkółki hipopotamów. Oglądaliśmy te ciężkie, okrągłe, flegmatyczne olbrzymy
drzemiące poniżej tafli wody, wystawiające nad powierzchnię jedynie oczy,
nozdrza i uszy. Setki hipopotamów wyglądały jak wielkie wypukłe plamy. Niektóre
się podniosły, unosząc grube szyje i jeszcze grubsze głowy, a inne spacerowały
po błotnistych brzegach w towarzystwie potomstwa. A potem krokodyle! Winston
Churchill widział je w tym samym miejscu 60 lat wcześniej. Wystrzelił, widząc
jednego z nich, wygrzewającego się w słońcu na dużej skale z szeroko otwartym
pyskiem i grubymi, łuskowatymi bokami. „Nie wiem, jaki był wynik tego strzału,
ponieważ krokodyl wykonał skok, pobudzony śmiertelnym bólem lub zaskoczeniem i
zniknął w wodzie. Teraz z kolei zdziwiłem się ja …Na odgłos strzału cały brzeg
rzeki na odcinku co najmniej 400 metrów zatrważająco się ożywił. Mój towarzysz
i ja ujrzeliśmy krokodyle wszelkiego rodzaju i wielkości wskakujące w szalonym
pędzie do Nilu. Pojedynczy wystrzał wzburzył co najmniej tysiąc tych gadów”. Są
tam ich tysiące, drzemią na brzegach z szeroko rozwartymi szczękami, niektóre
długie na 6 metrów. Pomiędzy nimi hipopotamy, wielkie góry mięsa czujące się
bezpiecznie pomiędzy straszliwymi szeregami zębów. Widzieliśmy stada słoni
pasących się w ‘trawie słoniowej’[2]
na przybrzeżnych wzgórzach, porośniętych obficie trzciną papirusową. Zafascynował
mnie widok tych trzcin. Cztery tysiące lat temu Egipcjanie uważali je za święte
i wytwarzali z nich ’papier’. Członkowie wyprawy kierowali lornetki i aparaty
fotograficzne na hipopotamy, krokodyle i słonie. Wzdłuż całej trasy faliste
równiny usiane były stadami słoni, wśród których było wiele ogromnych samców.
Widzieliśmy dziką świnię, hieny, kilka gepardów oraz mnóstwo antylop i gazeli.
Wodospad
dostarczył nam niezapomnianego doświadczenia światła, dźwięku, furii, dzikości
i piękna. Słyszeliśmy jego głośny, niski, złowieszczy i pełen wigoru pomruk na
wiele kilometrów wcześniej, pomruk, który przeszedł w ryk, a potem w grzmot w
miarę jak zbliżaliśmy się do niego. Szeroka rzeka Nil, pędzi w dół potokami z
niewielkimi kataraktami, w pianie i kłębiących się wirach, po stopniach
najtrwalszej ze skał. W pewnej odległości od wodospadów skalne ściany, po
których spływają potoki wody, kurczą się i zbliżają do siebie na niecałe 9
metrów. Poprzez ten ‘zamykający portal’, jak mówił Churchill, wytryskuje jak z
końcówki węża ogromna rzeka pędząca w dół pięćdziesięcio metrowej przepaści.
Dla oczu to fascynujący widok, a dla uszu głęboko niepokojący grzmot! Ogromne
chmury pary wodnej ozdabia tęcza, a kłębiący się w dole wir przyciąga stado
zimorodków i dziwnych drapieżnych ptaków.
Z powrotem samochody
jechały ostrożnie drogę zmoczoną deszczem i zaledwie kilka razy zatrzymały się
z powodu przechodzących słoni. Podjechaliśmy bliżej do monstrualnego zwierzęcia,
który sprawiał wrażenie jeszcze potężniejszego, kiedy rozpostarł trójkątne uszy
i podniósł głowę, żeby pokazać nam jasno świecące kły. Stał na czele stada,
zaledwie dziewięć metrów od samochodów. Kiedy usatysfakcjonował go nasz zachwyt,
skręcił w bok i oddalił się majestatycznie, unosząc swoje sześć ton mięsa.
Kiedy dotarliśmy do
Masindi około 21:00, Bhagawan skierował się do wioski Kikondy, leżącej 129 km
dalej, gdzie grupa wielbicieli wybudowała dla siebie i dla pracowników zatrudnionych
na plantacji świątynię bhadżanową w prawdziwie tubylczym stylu: okrągłą, pokrytą
słomą, prostą i elegancką, w której adorowała Pana. Baba zajął miejsce w
mandirze i materializował wibhuti na
znak Swojego współczucia; ofiarowywał to panaceum na choroby fizyczne, mentalne
i duchowe robotnikom z posiadłości, siedzącym w części chaty pełniącej funkcję
sali modlitewnej. Napełnił ich radością fakt, że Boska Osoba, wielbiona przez
ich pracodawców, przekazała im jako pierwszym znak Swojego miłosierdzia. Baba wyjechał
z Kikondy i dotarł do Kampali o pierwszej nad ranem. Czekały tam setki osób
śpiewających bhadżany, mające nadzieję na zobaczenie Go. Baba odpowiedział na
modlitwy i wszedł między nich. Stanął na chwilę na udekorowanym podium i
udzielił wszystkim darszanu.
W drodze z Kikondy
do Kampali Baba opowiadał o mądrości dzikich zwierząt. Omówił ten temat w
liście do dr. V.K. Gokaka, więc będzie lepiej, jeśli zacytuję Jego słowa.
„Objechaliśmy okolice po których swobodnie wędruje mnóstwo dzikich zwierząt.
Spędziliśmy noc na platformie umieszczonej na drzewie, w chacie zbudowanej z desek,
z drewnianych słupów i z podpór. Obserwowaliśmy lwy, lamparty, gepardy, zebry,
bizony, żyrafy oraz ich zabawy. Przyglądając się dzikim zwierzętom, które tam
ściśle ze sobą współpracują, czułem litość wobec rodzaju ludzkiego, który
stracił umiejętność obopólnej miłości i wypełnionego miłością współdziałania.
Te zwierzęta okazują sobie przyjaźń. Piją wodę z tego samego zbiornika.
Wspólnie się pożywiają. Jeden gatunek przyjaźni się z drugim. Spotkaliśmy zaprzyjaźnionych
reprezentantów tak zwanych ‘naturalnych wrogów’. Myślę, że uczą człowieka zachowań
społecznych i duchowych. Boskość każdego z nich była oczywista, jasna i czysta.
Wracając do Kampali opisywaliśmy sobie ich charaktery i cechy, jak również prezentowaną
przez nich współpracę”.
Baba wielokrotnie
powtarza, że wszystkie zwierzęta z wyjątkiem człowieka trzymają się swojej dharmy, swojej prawdziwej natury i celu
życia. Lew nie zmienił zasad. Ale boska natura człowieka przekształciła się w
ludzką, a potem spadła na poziom bestii, a nawet jeszcze niżej, w ciemną i
ponurą krainę demonów i diabłów. Baba pokazywał nam, że żaden ptak ani zwierzę
nie zszedł z drogi swych naturalnych obowiązków i przyjętych zasad właściwego
postępowania, jak to zrobił ku swojemu wstydowi człowiek. Towarzystwo Baby,
Wielkiego Nauczyciela, było doprawdy niespotykaną okazją poznania tajemnic ewolucji
oraz rozwoju ludzi i zwierząt, podczas gdy za oknami samochodu przepływała
panorama nieposkromionej natury.


Baba, odpowiadając na modlitwy, łaskawie przedłużył Swój pobyt w Kampali. Ale Afryka nie chciała się z Nim rozstawać. Ludzie mieli nadzieję, że intensywność modlitw skłoni Bhagawana do ponownego odłożenia wyjazdu. Grupy wielbicieli przylatywały wyczarterowanymi samolotami z Mwanzy w Tanzanii, Dar-es-Salaam, Mombasy i z innych odległych miast, modląc się, aby Bhagawan odwiedził ich przed wyjazdem do Indii. Każdej innej osobie byłoby trudno odsunąć od siebie tę powódź miłości i trzymać się planu. Ale Baba jest wszędzie, nie tylko w miejscu, w którym doświadczamy Jego fizyczności. Potrafi pocieszyć i przekonać ludzi modlących się o Jego obecność znakami i znaczącymi dowodami.
Trzynastego, jeszcze przed świtem, tysiące osób zebrało się w obszernym pomieszczeniu wzniesionym obok bungalowu dr. Patela. Rozniosła się wiadomość, że Baba wyjeżdża czternastego rankiem, a każda z tych osób chciała się zanurzyć w błogości płynącej z bhadżanów i w świętości darszanu. Z Jinji, Mbale, Kakiny, Mbarare, Masaki, Igaje, Kabale i z innych wiosek, w których Organizacja Służebna Śri Sathya Sai i jej sekcja kobieca prowadziła wybrane programy (np. bhadżany), a także z wielu osad, w których dowiedziano się o zstąpieniu Pana na Ziemię, ludzie w których sercach jaśniał Bóg, pospieszyli do Kampali w poszukiwaniu upragnionego darszanu.
