Sai Baba Awatar – cz.2Nowa podróż do Potęgi i ChwałyHoward MurphetRozdział 3
Cuda Adżaru[1]
Opowiem ci o mądrości i jeśli ją
poznasz sprawi, że nie będziesz musiał poznawać niczego więcej.Bhagawad Gita Krzesła stojące
przy długim wypolerowanym stole w jadalni domu gościnnego, wzniesionego na
terenie posiadłości Towarzystwa Teozoficznego w Adżarze, były niemal wszystkie
zajęte. Niektórzy indyjscy służący, przesuwający się w milczeniu za naszymi
plecami, byli tymi samymi ludźmi, których znaliśmy mieszkając tutaj w latach
sześćdziesiątych. Ale przy stole siedziało tylko dwóch biesiadników ze starej
grupy i panowała inna atmosfera. Rozmowy były swobodne i otwarte. Szybko
dowiedzieliśmy się, że kobieta z Persji i Nowozelandka – były wielbicielkami
Baby. Jeden z mężczyzn, który przedstawił się jako Sigvaldi Hjalmansson z Islandii,
powiedział mi, że wydawca z jego kraju zamierzał wydać moją książkę o Babie i
jego poproszono o przetłumaczenie. „Mam nadzieję, że mi w tym pomożesz”,
powiedział. Wiedziałem, że jest edytorem islandzkiego czasopisma Journal of the Theosophy, uważanego
przez wielu za jeden z najlepszych magazynów zajmujących się tą tematyką. W
dawnych czasach wypowiedzenie imienia Sai Baby wywołałoby przy stole niechętną
ciszę. Dlaczego? Uważano, że nie należy przekraczać granic posiadłości w poszukiwaniu
duchowej wiedzy, skoro cała wiedza znajduje się w książkach napisanych przez
wielkich liderów teozofii. Byłem pewien, że Helena Bławatska i pułkownik Henry
Olcotta nie zgodziliby się na tak ograniczoną perspektywę. Oboje udowodnili swoim
życiem, że duchowe złoto jest tam, gdzie je znajdujemy. Podczas swoich podróży
po Indiach i świecie szukali wybitnych nauczycieli, joginów i cudotwórców.
Jednym z celów Towarzystwa było badanie w człowieku jogicznych i boskich mocy,
o których opowiadali starożytni mędrcy, a które są obecnie demonstrowane w
obfitości przez Sai Babę. Niewątpliwie podczas tych czterech lat, gdy
byliśmy nieobecni, zaszły tu radykalne
zmiany. Obecnie jedynym tematem rozmów przy stole był Sai Baba. Coralie
Leyland, Nowozelandka, wspomniała, że słyszała, iż w ciągu najbliższych kilku
dni Sai Baba będzie przebywał w Madrasie. Dla wielu osób przy stole, nie
wyłączając nas, była to wielka nowina. Ponieważ mieliśmy pozostać w Madrasie w
sprawach osobistych przez następne dwa tygodnie, między innymi z powodu rozmów
z moimi indyjskimi wydawcami, byliśmy oczarowani myślą, że być może, zanim
udamy się do siedziby Sai Baby w Whitefield pod Bangalore, ujrzymy Go tutaj.
Później jednak przypomnieliśmy sobie, że wiele informacji o podróżach Baby było
pozbawionych podstaw. Gdy kolacja dobiegła końca, jeden z weteranów szybko
wstał i odszedł od stołu. Nie brał udziału w rozmowie i odniosłem wrażenie, że
nie pochwala dyskusji o Sai Babie. Drugi z nich, Charles Stores, osiemdziesięcioczteroletni
teozof i biskup kościoła liberalno-katolickiego (otwartego na wierzenia
ezoteryczne), siedział obok mnie i brał udział w konwersacji. Teraz pochylił
się w moją stronę i powiedział: „Wiem, że to trudne, ale będę ci bardzo wdzięczny,
jeśli pomożesz mi spotkać się z Sai Babą”. Byłem zadowolony, że słyszę to z ust
starego przyjaciela, nawet jeśli po
prostu chciał wyleczyć swoje chore nogi. (Poruszał się teraz na wózku
inwalidzkim.) Uprzedziłem go: „Baba nie wszystkich leczy, Charles”. „Och, nie
chodzi o to, chociaż chciałbym Go zapytać, co złego dzieje się z moimi nogami.
Po prostu pragnę przed Nim stanąć i poczuć Jego boską moc”. Kolejna przyjemna
niespodzianka miała miejsce gdy skontaktowałem się z moimi wydawcami. Kierownik,
powitał mnie i posadził w swoim biurze, a następnie wezwał najważniejszych
kierowników. W ciągu kilku minut zapełnili pokój. Poranna praca zatrzymała się,
ponieważ pytali mnie o Sai Babę. Odkryłem ku swojemu zdziwieniu i radości, iż
dzięki temu, że wydali moją książkę, praktycznie wszyscy, choć w różnym
stopniu, stali się wielbicielami Baby. Tego ranka, zamiast interesów była
miłość do Boga. Nalegali, żebym skorzystał z ich samochodu, który odwiezie mnie
do Adżaru, odległego o 13 km i który następnego dnia przywiezie mnie na ponowne
spotkanie. Czułem, że twarda
rzeczywistość życia to trochę za wiele dla brązowookiej Coralie Leyland, nawet
przed tragedią, która ją dotknęła. Była profesjonalną skrzypaczką orkiestrową w
Australian Broadcasting Corporation[2]
w Tasmanii, kiedy doznała poważnego paraliżu jednej strony ciała. Była wówczas
prezydentem Loży Teozoficznej w Hobart[3]
i czytała o Sai Babie. Wierzyła, że Bhagawan może ją uleczyć. Gdy tylko zaczęła
trochę się poruszać, przyjechała do kwatery głównej Towarzystwa w Adżarze z
gorącym pragnieniem zobaczenia Baby osobiście, tak szybko jak to tylko możliwe.
Gdy spotkaliśmy się z nią, była już po wizycie w Puttaparthi. Chodziła całkiem
nieźle. Jednak jej ramię wciąż było niesprawne (wykluczało grę na skrzypcach).
Baba wywarł na nią tak mocne wrażenie, że Coralie opowiadała wszystkim o Jego
wielkości i miłości. Była typem nawracającej apostołki, pragnącej by każdy
znalazł się natychmiast w świetle Sai. W jej mieszkaniu, na końcu pokoju,
znajdował się duży portret Baby, przed którym paliła kadzidełka. Pokój
wypełniali goście i w jednym z rogów usłyszałem jak przedstawiciel Towarzystwa
zapytał cynicznie: „Cóż dla niej zrobił?”. Jego kolega odpowiedział z uczuciem:
„Gdybyś ją widział przed wizytą u Baby, nie zadałbyś tego pytania. Nie mogła
nic robić i przez cały czas płakała. Znajdowała się w strasznym stanie. A teraz
spójrz na nią!”. Kilka osób z kwatery głównej Towarzystwa wyraziło opinię, że
Sai Baba zainicjował w Coralie nadzwyczajne wewnętrzne zmiany. Miała ogromną
energię. W palącym słońcu jak zwykle upalnego kwietnia, podczas najgorętszych
godzin dnia, większość ludzi pozostawała w domu. Wyjście w południe ryzykowały
jedynie wściekłe psy i Coralie. Widziano ją jak niosąc na głowie odwrócony
koszyk zamiast kapelusza utykała na drodze spiesząc gdzieś. Pewnego palącego
popołudnia wkrótce po naszym przyjeździe, przeszła ponad kilometrową odległość
dzielącą dom gościnny od jej apartamentu i wdrapała się stromymi zewnętrznymi
schodami do naszego mieszkania na ostatnim piętrze. Chciała porozmawiać o Babie,
który przydzielił jej jednoosobowy pokój tego samego dnia gdy pojawiła się w
Prasanthi Nilayam. Powiedziała, że przeżyła najpiękniejszą noc w swoim życiu.
„Co za miejsce! Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego”. Na udzielonym
jej prywatnym interview Baba nie obiecał, że ją uleczy, ale poprosił, żeby się
więcej nie martwiła, żeby nieustannie myślała o Bogu i była szczęśliwa. Po kilku
tygodniach w aśramie była w stanie chodzić „dwu lub trzykrotnie lepiej niż
przedtem i jej ramię stało się sprawniejsze”. Żeby nam to pokazać, uniosła je
nad głowę. „Ale wciąż jeszcze nie służy skrzypaczce, Coralie. Mam nadzieję, że
Baba uleczy ją całkowicie. Jeśli tego nie zrobi, to lepiej być szczęśliwą z
jedną ręką niż nieszczęśliwą z dwiema rękami, jak to było wcześniej. Przez lata
cierpiałam z powodu nieopisanej samotności. Teraz to wszystko odeszło. Baba
przyniósł mi spokój i radość”. „Masz jakieś plany?”. „Chcę tylko spędzać więcej
czasu ze Swamim. Wrócę do aśramu, gdy tylko będę mogła”. Między wielbicielami i
kilkoma osobami z kwatery głównej Towarzystwa Teozoficznego pragnącymi Go
spotkać, krążyły pogłoski, że Baba przyjedzie do Madrasu. Niektórzy mówili, że
należy Go poprosić, żeby przemówił pod drzewem banianowym. To szlachetne drzewo
miało dla mnie szczególne, osobiste znaczenie. Słyszałem wygłaszane pod nim
przez prelegentów z całego świata inspirujące, duchowe dyskursy, a zwłaszcza
przez dawnego prezydenta Towarzystwa Teozoficznego N. Śri Ramę. I to właśnie
pod tym drzewem, z jego piaszczystym podłożem i z koroną obsypaną liśćmi przez
które przesączało się światło, Pan Maitreja, nazywany przez teozofów
Nauczycielem Świata, po raz pierwszy przemówił przez Jiddu Krishnamurtiego[4].
Dla ludzi obecnych tam 28 grudnia 1925 r. było to ekscytujące doświadczenie.
Annie Besant i wiele innych osób nie miało w tej sprawie żadnych wątpliwości.
Także Krishnamurti powiedział, że jest pewien, że przemówił przez niego Nauczyciel
Świata. „Wspomnienie tego dnia powinno być dla nas jak pilnowanie cennego klejnotu…
Jestem pewien, że w bardzo krótkim czasie przyjdzie ponownie… Nowe życie, nowa
burza oczyści świat. Będzie jak ogromny wicher, który zdmuchnie i oczyści
wszystko, każdą cząstkę kurzu z drzew, każdą pajęczynę z naszych umysłów i
emocji, pozostawiając nas doskonale czystymi.”[5] Pewnego ranka ja
również przeżyłem tam nieopisywalną, ponadczasową chwilę. Siedziałem pomiędzy
‘kolumnami’ podtrzymującymi zielone łuki gałęzi. Garstka osób spacerowała
wolno. Nagle otoczyło mnie białe Światło, które sprawiło, że jaśniejące
indyjskie słońce wyglądało w porównaniu z nim jak świeczka, a przedmioty
widziane ziemskimi oczami wtopiły się w ciemne tło. Jednocześnie Światło było w
takim stopniu przesycone słodyczą i błogością, że trudno je było znieść. Według
czasu liczonego przez człowieka trwało tylko przez moment, choć nie podlegało
czasowi. Było spojrzeniem na Wieczność, na Rzeczywistość leżącą ponad
przemijającą nierealnością tego świata. Tak, pomyślałem, to byłoby odpowiednie
miejsce na wystąpienie Boga-Człowieka zwracającego się do zwolenników teozofii
– do ‘uczonych zajmujących się Bogiem’, jak określił nas wielki filozof,
profesor T.M.P. Mahadevan. Miałem jednak wątpliwości czy to właściwy czas.
Wiedział to jedynie Baba. J. Krishnamurti, zerwawszy swój związek z
Towarzystwem Teozoficznym mniej więcej w tym samym czasie, gdy zmarła Annie Besant,
przez wiele lat wygłaszał wykłady za bramami leżącego niedaleko stąd ogrodu.
Gdy byliśmy w Indiach w latach sześćdziesiątych, od ponad trzydziestu lat
przemawiał w nim przez kilka tygodni w roku. Praktycznie wszyscy członkowie
kwatery głównej Towarzystwa, w tym także jego prezydent pan N. Śri Ram, przychodzili
na te wieczorne wykłady. Dla mnie był to głos Śiwy rozbijający stare, martwe formy
myślowe. Bez względu na to, czy pochodził od Pana Maitreji, czy z jego własnej
jaźni, wichry burzy, którą zainicjował w 1925 r. pod banianowym drzewem, wiały
przez czterdzieści lat, zrywając pajęczynę oplatającą umysły i emocje. W ten
spokojny, intelektualny sposób Śri Ram wpuszczał oczyszczające wiatry wzbudzone
przez Krishnamurtigo do organizacji teozoficznej, gdzie myślokształty, wzbudzające
niegdyś konieczne życie duchowe, skorodowały i zapchały się – jak to się
nieuchronnie dzieje z upływem czasu. Wydaje mi się, że nowy prezydent, John
Coats, odrzucił wiele tradycyjnych postaw, uwalniając kanały dla nowych myśli
oraz witając nową generację poszukiwaczy, bez względu na ich podejście do
uhonorowanych przez czas wyobrażeń i koncepcji. Pewnego dnia organizacja ponownie
może stać się tym, czym była: instrumentem zaprojektowanym i wyczyszczonym
przez transhimalajskich mahatmów, służącym poszukiwaniu i rozpowszechnianiu
boskich prawd, które kierują grzbiet fali świata w stronę duchowych brzegów. To
jeszcze nie nastąpiło. Wciąż przywiązuje się zbyt dużo martwego znaczenia do
świętej przeszłości. Trzy dekady wcześniej jej sztywna struktura pojęciowa nie mogła
znieść w swoich ramach nowatorskiego Krishnamurtiego. Jak zareagowałaby teraz,
gdyby przyjechał Sai Baba? Ale Baba nie przyjechał do Madrasu. Dowiedzieliśmy
się, że zmienił plany. Postanowiliśmy udać się do Niego najszybciej jak to
tylko możliwe. Odkryliśmy, że kupienie biletów kolejowych stało się jeszcze
trudniejsze niż dawniej. Trzeba było stać w długiej kolejce zmierzającej w
stronę okienka i przesuwającej się powoli w miarę upływu gorących godzin,
pozbawionych najmniejszego powiewu powietrza. Młody Hindus załatwił dla nas
bilety na ekspres do Bangalore, wyruszający za siedem dni. To wystarczająca
ilość czasu by załatwić wszystkie sprawy w Madrasie i odwiedzić przyjaciół. Na
dwa dni przed naszym odjazdem zastrajkowali pracownicy kolei i do Bangalore nie
wyruszył żaden pociąg. Nieoficjalna poczta pantoflowa wróżyła długi strajk.
Oficjalnie, zgodnie z tym, co podawała prasa i radio, nie było strajku. Szybko
przekonaliśmy się również, że z powodu strajku wszystkie dalekobieżne autokary
i loty do Bangalore zostały zarezerwowane na kilka tygodni naprzód. Utknęliśmy
w Madrasie. Trudno sobie wyobrazić, że po przebyciu tysięcy mil do Baby nie
byliśmy w stanie pokonać ostatniego, krótkiego wynoszącego trzysta kilometrów
odcinka. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Mogliśmy jedynie siedzieć tutaj w
nieznośnym kwietniowym skwarze naśladującym czerwiec, najgorszy miesiąc
madraskiego lata. „Baba nie przyjechał do Madrasu, a teraz my nie możemy pojechać
do Niego. Jak długo musimy dusić się tutaj?”. Iris była równie przygnębiona jak
ja. „Gdyby tylko dał znak, że chce nas widzieć”, powiedziałem. „Kto wie, może
nawet z nami nie będzie rozmawiał, gdy tam dotrzemy”. „Prawdopodobnie nie.
Sądzę, że zrobiliśmy wiele złych rzeczy”, zgodziła się Iris. Gdy zapadła
ciemność, mój umysł i serce zalało przygnębienie. Ucichł lekki wiatr i chmary
komarów zmusiły nas do ukrycia się pod moskitierą. Przenieśliśmy łóżka na
balkon, żeby łapać świeżość i chłód znad morza. Wskoczyłem pierwszy pod
moskitierę przymocowaną do prostokątnej ramy nad łóżkiem. Iris, zanim weszła pod
swoją, sprawdziła czy końcówka mojej moskitiery jest bezpiecznie schowana pod
materacem. Wiedzieliśmy z doświadczenia, że jeśli zostanie najmniejsza szparka,
jakiś żarłoczny komar przedostanie się przez nią i zmieni noc w koszmar. Spałem
smacznie i obudziłem się następnego ranka, gdy świt malował szkarłatne wzory
nad Zatoką Bengalską. Przez siatkę przesączało się szare światło. Już było mi
gorąco, odrzuciłem więc lekkie prześcieradło, jedyne przykrycie przydatne w
kwietniowe noce. Byłem zaskoczony widząc wokół siebie coś, co wyglądało jak
małe frytki. Podniosłem kilka i przekonałem się, że to liście. W miarę jak
stawało się coraz jaśniej, zauważyłem, że noszą wiele odcieni zieleni oraz
różnią się kształtem i wielkością. Wyglądały jak gdyby właśnie je zerwano,
takie były świeże i zielone. Potem zauważyłem jeszcze jedną dziwną rzecz –
przyjemny, delikatny, płynący od nich aromat. To nie był ich naturalny zapach,
ponieważ mimo, że pochodziły od różnych roślin, wszystkie pachniały tak samo.
Leżąc na łóżku z liści – a było ich mnóstwo na prześcieradle – starałem sie zrozumieć
jak mogły się tu dostać. Żeby przenieść je z plantacji pod naszym balkonem
potrzebny był silny wiatr dmuchający w górę. Ale noc była bardzo spokojna.
Nawet gdyby udało im się wpaść na balkon, to jak przedostały się przez siatkę,
skoro nie było w niej wystarczająco dużego otworu, żeby przepuścić komara? Jak
mogły znaleźć się pod przykrywającym mnie prześcieradłem i pachnieć jak
hinduska świątynia. Usłyszałem, że Iris obudziła się. W jasnym, złotym świetle
podnieśliśmy moskitierę i razem zbadaliśmy liście. Wiele z nich miało na sobie
plamki kolorowej pasty i pudru. „Kurkuma, kum-kum, pasta sandałowa”,
skomentowała Iris. „Liście mogą pochodzić z porannej pudży. Ale skądkolwiek
przybyły, jak przedostały się przez siatkę? To jeden z cudów Baby!”. Jedyną
osobą mieszkającą poza nami na najwyższym piętrze była Kanta Devi z Honolulu, w
połowie Hawajka. Pilnie studiowała hinduską filozofię duchową i legendy
związane z hawajską tradycją religijną. Zawołaliśmy ją. Podeszła do nas dostojnym
krokiem kapłanki, ubrana w długą szatę. Kiedy zrelacjonowaliśmy całe to wydarzenie
i pokazaliśmy jej liście, jej twarz i oczy rozbłysły. „To niewątpliwie lila Baby. Otrzymaliście wielkie
błogosławieństwo!”. Gdy Iris przygotowywała śniadanie, starannie zebrałem
liście i umieściłem je na półce obok fotografii Swamiego. Moja depresja z
poprzedniego wieczoru całkiem wyparowała, ustępując miejsca radości. Zastanawiałem
się czy zły nastrój był, jak mówią poeci, tylko cieniem wyciągniętej,
pieszczotliwej dłoni Pana. Byłoby wspaniale, gdybyśmy zawsze widzieli to w ten
sposób. Tego wieczoru odwiedziła nas dawna przyjaciółka, Leela Mudalia, znająca
Babę od dzieciństwa. Należała do niewielkiej grupy cieszącej się w 1967 r.
cudownymi dniami z Sai w Horsley Hills[6],
opisanymi w mojej pierwszej książce o Sai Babie. Była nauczycielką botaniki w
szkole średniej w Madrasie i opiekunką w świątyni Sai Baby wybudowanej przez
jej ojca w Guindy[7].
Przyszła nam powiedzieć, że ostatnio przebywała ze Swamim w Brindawanie i że On
się nas spodziewa. Pokazaliśmy jej liście, teraz już suche wskutek dziennego
upału i zapytaliśmy ją, z jakiej pochodzą rośliny. „Z wielu różnych roślin”. „Z
tej posiadłości?”. „Nie, nie wszystkie. Dlaczego?”. Opowiedzieliśmy jej, jak je
tego ranka znaleźliśmy. Leela w zamyśleniu trzymała kilka z nich w dłoni. Jej twarz
nabrała marzycielskiego wyrazu, a na ustach pojawił się spokojny uśmiech
szczęścia. „To z pewnością wyraz łaski Swamiego”, powiedziała. „Już niedługo
wskaże wam drogę do Siebie”.Gdzie rodzi się pragnienie
spokoju umysłu, spieszę zapewnić spokój. Gdzie pojawia się przygnębienie,
spieszę pocieszyć załamane serce. Gdzie brakuje zaufania, biegnę przywrócić
zaufanie. Wciąż pozostaję w ruchu, żeby wypełnić misję dla której przyszedłem. - Sathya Sai Baba
Cuda Adżaru[1]
Sathya Sai Baba
Rozdział 4
Ponowne spotkanieCzy nadszedł wreszcie czas, abym mógł wejść i ujrzeć Twoją twarz?Rabindranath Tagore
Rozdział 4
Przepełniony autobus podskakiwał na dziurawych drogach. W przydrożnych miasteczkach niektóre grupy czekających ludzi mijał, lecz przy innych zatrzymywał się i upakowywał ich w sobie, mimo że, jak się wydawało, w środku nie pozostał nawet centymetr wolnego miejsca. Zastanawialiśmy się, czy kierowca i konduktor wolą niektóre twarze bardziej od innych lub czy chodzi tu raczej o bakszysz. W Madrasie poinformowano nas, że to autobus ekspresowy docierający do Bangalore w ciągu sześciu godzin. Byliśmy w drodze już od ośmiu, włączając w to siedzenie pod garażem w niewielkiej mieścinie, gdzie reperowano nasz silnik. Sądząc po rzadko rozrzuconych słupach milowych dostrzeganych w przelocie w zapadającym mroku, dotarcie do celu miało nam zająć jeszcze sporo czasu. Mieliśmy jednak miejsca siedzące i jechaliśmy do Swamiego, co samo w sobie w tych okolicznościach wydawało się cudem. Od kiedy spotkaliśmy Babę, kiedy w Indiach znaleźliśmy się w trudnej sytuacji, zawsze pojawiał się dobry anioł, żeby nam pomóc. Tym razem dobrym aniołem okazał się teozof zajmujący wysoką pozycję w ministerstwie. Chociaż wszystkie miejsca w autobusach do Bangalore były już od dawna wykupione i na przystankach czekały tłumy ludzi, żeby w chwili odjazdu wcisnąć się brutalnie w niezajętą jeszcze przestrzeń, to temu uprzejmemu indyjskiemu urzędnikowi udało się kupić dla nas miejscówki. W dodatku wysłał dwóch krzepkich mężczyzn należących do jego personelu, którzy uchronili nas przed tłumem ludzi. Tak więc w buchające żarem południe, w kilka dni po naszej ‘nocy liści’, strząsnęliśmy z opon pył Madrasu i ruszyliśmy przed siebie. Gdy w końcu dowlekliśmy się znużeni do Bangalore, kościelne zegary uzgadniały ze sobą, czy jest już północ. Budynek organizacji religijnej w którym zamówiliśmy pokoje był ciemny i wyglądał na opuszczony. Nasze wytrwałe nawoływania obudziły jednak śpiącego na werandzie stróża. Zaprowadził nas do pokoju, niosąc zabrane z taksówki bagaże i zaskoczył nas, kiedy odmawiając napiwku powiedział do mnie: „Nie, proszę pana, to moja praca”. Nie było kuchni, a my nie mieliśmy ze sobą nic do jedzenia. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni, żeby cokolwiek przełknąć.
Następnego ranka znaleźliśmy restaurację serwującą indyjskie śniadania, które, chociaż trochę zbyt ostre, zostały przez nas z radością powitane. Potem, rozpakowaliśmy się i wzięliśmy autorikszę, która zawiozła nas do gościnnego indyjskiego domu, gdzie mieliśmy dostawać posiłki. Po obiedzie właściciel domu wspaniałomyślnie zaoferował nam samochód do Whitefield, a jedna z pań, która pragnęła zobaczyć Babę, zaproponowała, że nas tam zawiezie. Zatem w końcu przemieszczaliśmy się znajomymi ulicami, pośród bazarów, a potem drogą biegnącą przez zielone pola do Brindawanu, gdzie Baba spędza większość letnich miesięcy. Dojeżdżając tam czułem się jak powracający do domu syn marnotrawny, targany sprzecznymi emocjami i zastanawiający się z niepokojem, jak zostanie przyjęty. Minęliśmy wysoki ceglany mur Brindawanu i skręciliśmy w bramę tuż obok sprzedawców pamiątek i żebraków. Ich obecność świadczyła o pobycie Baby w aszramie. W środku znajdował się wielki tłum ludzi – bez wątpienia czekający na darszan Swamiego. Zaparkowaliśmy samochód blisko budynku, w którym wciąż mieszkała wdowa po panu M. Dixit i ruszyliśmy krętą, ocienioną drzewami aleją do furtki prowadzącej do ogrodu i rezydencji Swamiego. Przy furtce stał strażnik, więc przypomnieliśmy sobie, że nie można jej przekroczyć bez zgody Baby. W dawnych czasach przez długie okresy dysponowaliśmy otwartym zaproszeniem i wielokrotnie tam mieszkaliśmy. Mimo to odwiedzając to miejsce nigdy nie próbowaliśmy wejść do środka bez uprzedniej zachęty Bhagawana. Teraz najwłaściwszą rzeczą było prawdopodobnie czekanie w tłumie na zewnątrz, dopóki Baba nie przyjdzie na darszan. Wtedy, jeśli zechce, zaprosi nas. Nagle poczułem przemożną potrzebę zobaczenia Go natychmiast. Czekaliśmy tak długo, przyjechaliśmy z tak daleka, a On był zaledwie o krok od nas, po drugiej stronie furtki. Czy muszę czekać kolejną godzinę? Spojrzenie na twarze strażników upewniło mnie, że tak. Rozsądek kazał czekać, ale coś ponad rozsądkiem skłaniało mnie do wejścia. Po tej stronie furtki, tam gdzie ścieżka prowadzi do Koledżu Nauki i Sztuki Śri Sathya Sai (działającym w tymczasowym budynku), znajdowała się niestrzeżona dziura. Ruszyliśmy w jej stronę. Wiedzieliśmy, że zabranie z nami pani, która nas tutaj przywiozła, nie będzie najszczęśliwszym pomysłem, dlatego Iris uprzejmie z nią została, natomiast ja, głuchy na głośne protesty znajdujących się za mną strażników, prześlizgnąłem się przez dziurę i ruszyłem odważnie w stronę podjazdu biegnącego obok portyku. Pierwszą osobą jaką zobaczyłem we wpółotwartych drzwiach frontowych była Indra Devi[8]. Zdziwiona, przywitała mnie serdecznie. „Gdzie jest Baba?”, zapytałem. „Tutaj, ale jest bardzo zajęty – wznoszą pandal[9] na potrzeby Kursu Letniego”. Zanim skończyła zdanie, ruszyłem we wskazanym kierunku. Hindus, który z nią rozmawiał, pobiegł za mną. „Proszę wybaczyć, lecz to nie jest odpowiedni moment. Niemądrze będzie podchodzić do Niego teraz …”. Spojrzałem mu w twarz, ale go nie rozpoznałem. „Czekam niemal od czterech lat, żeby Go zobaczyć. To wystarczająco długo”, powiedziałem i szedłem dalej. Z boku domu stała Sai Gita, słoniczka Swamiego, przywiązana do drzewa. Obok wznoszono wielki pandal, rozciągający się w kierunku nowych budynków usytuowanych na samym końcu ogrodu. Był to największy tymczasowy pandal jaki kiedykolwiek widziałem, a mimo to wyglądał bardzo lekko ze swoimi bambusowymi słupami i słomianym dachem. Ściany na końcach wykonano z plecionej trawy, ale boki wciąż były otwarte. W grupie mężczyzn stojących pośrodku pandalu zobaczyłem błyszczącą czerwoną szatę i głowę z czarnymi, kręconymi włosami. Wyglądało na to, że Swami jest bardzo zajęty. Pod wysokim sufitem znajdowało się kilku robotników zakładających flagi i kolorowe serpentyny. Swami kierował nimi z dołu. Ruszyłem w Jego kierunku po miękkiej, usypanej z piasku podłodze, zatrzymując się w odległości około dziewięciu metrów. Nieprzerwanie kierował robotnikami pracującymi pod dachem. Rozmawiał z otaczającymi Go ludźmi, najwyraźniej bardzo skoncentrowany na bieżącym zadaniu. Spojrzał w moją stronę nie rozpoznając mnie, ale po chwili Jego spojrzenie wróciło i zatrzymało się na mnie. Jego twarz i łagodne ciemne oczy nagle pojaśniały. Poznał mnie. Zawołał mnie po imieniu, porzucił grupę i podszedł. Gdy tak stałem patrząc na mojego ukochanego Guru, wszystko wokół zniknęło. Na całym świecie istnieliśmy tylko my dwaj. Poklepał mnie z miłością po plecach, potarł je dłonią i wypowiedział cudowne słowa powitania. Upadłem przed Nim na kolana. Pomagając mi wstać, zapytał: „Gdzie twoja żona?”. „Czeka na zewnątrz, Swamidżi”. „Przyprowadź ją tutaj”. Potem gorąco powitał Iris. Panią, która nas przywiozła, przyjął tak czarująco, że jej twarz rozpromieniła się. Swami wyszedł z namiotu i zabrał nas do długiego frontowego pokoju w Swoim domu. Jak zawsze siedzieli tam ludzie pragnący Go zobaczyć. Po chwili Swami zaprosił moją żonę i mnie na indywidualną rozmowę. Nieśmiało ofiarowaliśmy Mu podarunek przywieziony z Singapuru. Był opakowany w brązowy papier. Trzymając paczkę w ręku mieliśmy nadzieję, że poczuje również owiniętą wokół niego naszą miłość. Pokazał nam, że doskonale wie o wielu rzeczach, które robiliśmy z dala od Niego. Podczas chwilowej przerwy Iris powiedziała: „Dziękujemy Ci, Swami, za pomoc, jaką okazałeś Rhodzie”. Uśmiechnął się: „Uleczyłem ją z nowotworu piersi, lecz teraz ma nowotwór płuc”. To była zaskakująca wiadomość. Wiedzieliśmy, że jej płuca nie są zdrowe i że dużo kaszle, lecz nowotwór! To było okropne! „Musi przestać palić”, powiedział bardzo poważnie Swami. „Myślałem, że przestała palić, Swami. Gdy wyjeżdżaliśmy z Australii, Rhoda przyrzekła Iris, że zrezygnuje z papierosów, podrażniających, jak się wydawało, jej płuca”. „Właśnie dlatego”, odpowiedział. „Ale nie martwcie się. Jeśli przestanie palić, wyleczę ją również z raka płuc. Ma wielką wiarę”. „Dziękujemy, Swamidźi”. Ponieważ wydawało się, że nie zamierza odpakować prezentu, zapytałem, czy mogę to zrobić za Niego. „Po co? Wiem, co jest w środku – czerwone i białe światło”. Roześmiał się widząc nasze zaskoczone twarze. „Byłem tam. Obejrzałem latarkę, gdy dokonywaliście zakupu… ’Czy spodoba się Swamiemu? Czy to odpowiednia rzecz na prezent dla Niego?’” Śmiejąc się, przytoczył dyskusję jaką prowadziliśmy w Singapurze. Potem, żeby nas uszczęśliwić, otworzył paczuszkę, kilkakrotnie włączył czerwone i białe światło i rzucił latarkę na fotel. Przyjął ją, to było najważniejsze. Zapytałem, czy możemy przez jakieś pół roku mieszkać blisko Niego, gdziekolwiek w tym czasie będzie i czy mogę zebrać materiał na kolejną poświęconą Mu książkę. Zgodził się na obie prośby. Potem dwoma słowami zakończonymi znakiem zapytania próbowałem wysondować, co może nam powiedzieć o cudzie z moskitierą. Powiedziałem: „Liście, Swami?”. Rzucił mi pytające spojrzenie, a potem się uśmiechnął. „Tak, wysłałem ci liście”. Wspomniał niektóre szczegóły wydarzeń na wysoko wiszącym balkonie w Adżarze i rzekł do mojej żony: „Widzisz – miał depresję”. „Tak, Swamidźi. Dla nas obojga zmieniłeś depresję w radość”. Właśnie miałem zapytać dlaczego posłużył się liśćmi, żeby przesłać nam błogosławieństwo i uradować nasze serca, kiedy powiedział: „Opowiem wam kiedy indziej o znaczeniu liści. Będziemy ze sobą dużo rozmawiali”. Swami, kończąc rozmowę często wskazuje na coś, czego możemy wyczekiwać. Teraz ruszył w kierunku drzwi: „Gdzie są wasze bagaże? Nie mam na myśli umysłowego bagażu – lecz bagaże podróżne!”, żartował. Powiedziałem Mu, że są wciąż w Bangalore, ponieważ nie byliśmy pewni, czy pozwoli nam mieszkać w Brindawanie. Uśmiechnął się i ponownie mnie poklepał. „Mam dom. Część tego domu czeka na was. Chodźcie, pokażę wam”.
Przepełniony autobus podskakiwał na dziurawych drogach. W przydrożnych miasteczkach niektóre grupy czekających ludzi mijał, lecz przy innych zatrzymywał się i upakowywał ich w sobie, mimo że, jak się wydawało, w środku nie pozostał nawet centymetr wolnego miejsca. Zastanawialiśmy się, czy kierowca i konduktor wolą niektóre twarze bardziej od innych lub czy chodzi tu raczej o bakszysz. W Madrasie poinformowano nas, że to autobus ekspresowy docierający do Bangalore w ciągu sześciu godzin. Byliśmy w drodze już od ośmiu, włączając w to siedzenie pod garażem w niewielkiej mieścinie, gdzie reperowano nasz silnik. Sądząc po rzadko rozrzuconych słupach milowych dostrzeganych w przelocie w zapadającym mroku, dotarcie do celu miało nam zająć jeszcze sporo czasu. Mieliśmy jednak miejsca siedzące i jechaliśmy do Swamiego, co samo w sobie w tych okolicznościach wydawało się cudem. Od kiedy spotkaliśmy Babę, kiedy w Indiach znaleźliśmy się w trudnej sytuacji, zawsze pojawiał się dobry anioł, żeby nam pomóc. Tym razem dobrym aniołem okazał się teozof zajmujący wysoką pozycję w ministerstwie. Chociaż wszystkie miejsca w autobusach do Bangalore były już od dawna wykupione i na przystankach czekały tłumy ludzi, żeby w chwili odjazdu wcisnąć się brutalnie w niezajętą jeszcze przestrzeń, to temu uprzejmemu indyjskiemu urzędnikowi udało się kupić dla nas miejscówki. W dodatku wysłał dwóch krzepkich mężczyzn należących do jego personelu, którzy uchronili nas przed tłumem ludzi. Tak więc w buchające żarem południe, w kilka dni po naszej ‘nocy liści’, strząsnęliśmy z opon pył Madrasu i ruszyliśmy przed siebie. Gdy w końcu dowlekliśmy się znużeni do Bangalore, kościelne zegary uzgadniały ze sobą, czy jest już północ. Budynek organizacji religijnej w którym zamówiliśmy pokoje był ciemny i wyglądał na opuszczony. Nasze wytrwałe nawoływania obudziły jednak śpiącego na werandzie stróża. Zaprowadził nas do pokoju, niosąc zabrane z taksówki bagaże i zaskoczył nas, kiedy odmawiając napiwku powiedział do mnie: „Nie, proszę pana, to moja praca”. Nie było kuchni, a my nie mieliśmy ze sobą nic do jedzenia. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni, żeby cokolwiek przełknąć.
Rozdział 5Tęczowy człowiekNic nie jest cudem dla Świętego Zrozumienia, które jest, o mnisi, jedynym cudem.
„Mirdad”[10]
Dzwonek Sai Gity dźwięczał rytmicznie, gdy wchodziła pod frontowy portyk domu, a Swami wypowiadał jej imię. Zatrzymała się i zwróciła w Jego stronę, gdy wychodził przez drzwi. Poklepał ją po trąbie i przez chwilę rozmawiał z nią łagodnie, podczas gdy my sprawdzaliśmy jak bardzo urosła podczas naszej nieobecności. Wciąż jeszcze nie była w pełni dorosła. Zostawiając ją w rękach opiekuna, Swami zabrał nas na spacer ścieżką okoloną kwiatami, biegnącą wzdłuż pandalu w kierunku rzędu bungalowów na samym krańcu posiadłości. Budynki te nie istniały, gdy wyjeżdżaliśmy stąd w 1970 r. Prowadził nas do pierwszego bungalowu, gdy przez frontowe drzwi wybiegła jasnowłosa dziewczynka i skierowała się w stronę Swamiego. Gdy głaskał ją po głowie, jej błękitne oczy spoglądały na Niego z uwielbieniem. Potem schyliła się szybko i dotknęła Jego stóp. Jej rodzice, Amerykanie, stali przy drzwiach, niecierpliwie czekając na Babę. Byli to Joel i Diana Riordan, którzy zajmowali część domu. Odkryliśmy później, że Diana, o twarzy madonny, jest córką Analise, wielbicielki Sai, którą poznaliśmy w Stanach, drugiej żony D. Rajagopala, który przez lata zajmował się sprawami finansowymi Krishnamurtiego. Ojciec Diany, rozwiedziony z jej matką, był bogatym włoskim przedsiębiorcą. Zamieniwszy z nimi kilka słów, Swami zaprowadził nas do pokoju z oknem wychodzącym na pandal. „To dla was”, powiedział. Kredensy i wbudowane w ściany meble wykonane z brązowego drewna były niezbyt wysokie, w klasycznym japońskim stylu. Mieszkanie było kameralne, przytulne i pełne spokoju. Dowiedzieliśmy się później, że wnętrze urządzili w ten sposób jego poprzedni użytkownicy, Steve i Irene Au z Honolulu. Steve był architektem. Gdy wyraziliśmy nasz podziw, Swami pokazał nam resztę pomieszczenia – kuchnię i łazienkę. Prawdziwy luksus jak na życie w aszramie! „Dziękujemy Ci, Swami. Jest tu pięknie”. W takich chwilach Baba jest bardzo ludzki. „O, to nic specjalnego”, zaprotestował. Ale widzieliśmy, że się cieszy, że to miejsce tak bardzo się nam podoba. Zaraz potem przewieźliśmy do Brindawanu walizki, mając nadzieję, że pozostawiamy za sobą stertę ‘mentalnego bagażu’, ponieważ otwierając nowy, ważny rozdział naszego życia potrzebowaliśmy otwartych, nieuwarunkowanych umysłów. Na Letni Kurs, mający wkrótce się rozpocząć, zaczęli zjeżdżać studenci. Pragnęliśmy wziąć udział w owym miesięcznym, niezwykłym programie edukacyjnym. W międzyczasie poznaliśmy sąsiadów zajmujących pokoje po drugiej stronie korytarza. Stało się jasne, że Diana była stuprocentową, oddaną wielbicielką Sai Baby. Często czyniła uwagi, które Joelowi wydawały się wysoce przesadzone. Powiedziała do mnie w jego obecności: „Któregoś dnia Joel i ja sprzeczaliśmy się o wszechwiedzę Swamiego. Powiedziałam, że Swami wie o wszystkim, nawet o tej rozmowie. Joel zadrwił, że mówię bzdury. Następnego dnia stałam w liniach, kiedy mijał je Swami. Zatrzymał się przede mną i powiedział spokojnie: „Wiem wszystko”.Joel jednak powrócił do sprzeczki – „Jest mnóstwo rzeczy, o których nie wie”. Starałem się załagodzić sytuację: „Ramana Mahariszi z Arunaćali usłyszał kiedyś od wielbiciela, że nie może być wszechwiedzący, ponieważ nie wie nawet, kto i kiedy pojawi się w aszramie. Mahariszi zareplikował: „Wiem wszystko, co chcę wiedzieć”. To nie usatysfakcjonowało Riordanów. „Kolejna sprawa”, ciągnął Joel. „Diana wierzy, że Swami jest Bogiem”. „A ty co o tym myślisz?”, spytałem. „Nie wiem jaki jest Bóg, więc co mogę powiedzieć? Wiem tylko, że Baba jest moim najlepszym przyjacielem”. „Skoro nie jest Bogiem, to co powiesz o tęczy?”, zapytała Diana. Roześmiała się na widok mojego zaskoczenia. „Joela nazywają ‘tęczowym człowiekiem’. Opowiedz mu o tym, Joel”. Jej mąż zrobił niegrzeczną uwagę i wyszedł z pokoju. „Powie ci kiedy indziej”, uspokoiła mnie Diana i wyszła nakarmić watahę chudych, głodnych psów, którym udało się dotrzeć tutaj z wioski i odnaleźć drogę przez mur, by wykorzystać jej miękkie serce. Pewnego popołudnia, gdy Joel i ja siedzieliśmy na górce piasku opodal pandalu i przyglądaliśmy się jak elektrycy umieszczają głośnik w pobliżu naszych okien, złagodniał na tyle, żeby mi opowiedzieć historię ‘tęczowego człowieka’. Zorientowałem się z jego wcześniejszych uwag, w rodzaju: „Powiedziałem kiedyś do Clarka Gable’a” albo „Zadzwonił do mnie mój przyjaciel Mickey Rooney[11]”, że Joel jest związany z przemysłem filmowym. Teraz przyznał, że był reżyserem w Hollywood. W innym okresie zajmował się sprzedażą samochodów w Los Angeles. Wydaje się, że przez lata był głęboko zaangażowany w styl życia uznający jedynie dwóch bogów – pieniądze i sławę. Powiedział mi, że Diana jest jego drugą żoną. Pierwsza, z którą się rozwiódł, była dobrze znaną profesjonalną łyżwiarką. „Diana była kilka razy w Indiach ze swoją matką Analise i opowiadały o cudach Sai Baby. Myślałem, że obie zwariowały. Poważnie rozważałem rozwód z Dianą, ale musiałem myśleć o swojej córce Chrissie. Ostatecznie postanowiłem, że zanim zrobię cokolwiek drastycznego, pojadę i sam przyjrzę się Sai Babie. Moi rodzice byli artystami i wychowałem się w cyrku. Podobnie jak Orson Wells bardzo interesowałem się magią i podglądałem, co kryje się za sztuczkami na scenie. Uznałem, że nawet jeśli ten dziwaczny gość z Indii był drugim Houdinim[12], to i tak będę w stanie zdemaskować go jako magika i zaprzeczyć, że jest świętym człowiekiem czyniącym cuda, jak twierdzi wielu ludzi. Tuż przed wyjazdem z Hollywood jadłem obiad z wysoko postawioną osobą i – żeby go rozśmieszyć – opowiedziałem mu co zamierzam zrobić. Wyglądało na to, że słyszał o Sai Babie lub czytał o nim – może w książce Schulmana lub w twojej. Powiedział: ‘O co zamierzasz Go poprosić, Joel?’. Wtedy wpadłem na pomysł: ‘Mówią, że ten gość jest Bogiem, więc poproszę Go o coś, co może zrobić tylko Bóg – poproszę go o tęczę’. Mój towarzysz roześmiał się i zaczęliśmy rozmawiać o innych sprawach, ale postanowiłem, że właśnie o to poproszę”. „Czy twój współbiesiadnik znał jakichś wielbicieli Sai Baby z Kalifornii, Joel?”. Uśmiechnął się: „Sprawdziłem to później, z tych samych powodów o których myślisz. Nie, nie znał. Żył w innym świecie. Nie było szansy, żeby ktoś opowiedział o tym Swamiemu. Kilka dni później wyleciałem do Indii, zabierając ze sobą Dianę i Chrissi. Zjawiliśmy się w Puttaparthi wczesnym popołudniem. Godzinę później wspinaliśmy się na wzgórze leżące za szpitalem. Był suchy, gorący dzień. Wyszliśmy zaczerpnąć powietrza. Usiedliśmy na skałach i przyglądaliśmy się okolicy. Wyglądała ponuro, bo ziemia była spieczona. Już tylko patrząc na nią poczułem się odwodniony. Potem na zachodniej stronie nieba pojawiła się jasna tęcza. Pomyślałem, że to dziwne. Skąd mogła się wziąć, skoro w powietrzu nie było ani kropli wody? Zaskoczyło mnie jeszcze jedno. Tęcza biegła w niebo prosto jak kolumna, zamiast jak zwykle wygiąć się w łuk. Byłem tym odrobinę przerażony. Czy ten dziwaczny gość usłyszał moje słowa wypowiedziane w Ameryce i wywołał ten fenomen? Potem kolory zaczęły stopniowo znikać, od podstawy w górę. Czułem, że muszę się napić. Lecz oczywiście w Puttaparthi nie dostanie się alkoholu, a o tej porze roku nawet woda jest tu ciepła”. Zamilkł, przyglądając się dwóm młodym wielbłądom Swamiego, przechodzącym obok nas i obgryzającym liście z żywopłotu. „Czy Diana widziała tęczę i wiedziała, że zamierzasz poprosić o nią Swamiego?, zapytałem. „Tak, wspomniałem jej o tym w samolocie. Widziała tęczę. Sam ją o to zapytaj”. „Co było potem?”. „Zeszliśmy ze wzgórza a na dole czekała na nas informacja, ze Swami chce się z nami zobaczyć. Diana bardziej ekscytowała się tym spotkaniem niż tęczą, ale ponieważ mieliśmy za sobą długą podróż, wydawało mi się naturalne, że Baba chce się z nami spotkać zaraz pierwszego dnia. Kiedy weszliśmy do pokoju interview, pierwsze słowa Swamiego zbiły mnie z nóg: „Więc, dziwaczny gościu, jak ci się podobała moja tęcza?”. Byłem zbyt osłupiały, żeby odpowiedzieć. Wiedział, jak go nazwałem i o co zamierzałem go prosić, więc umieścił na niebie tę dziwną tęczę! To mnie oszołomiło. Usiadłem wraz z innymi na podłodze, ledwo słysząc i rozumiejąc o czym mówi. Mój umysł miotał się gorączkowo jak szczur w pułapce, starając się znaleźć drogę powrotną do świata rozsądku, który znałem. W porządku, z pewnością Baba umie czytać w myślach. Nauka udowodniła, że ludzie porozumiewają się telepatycznie. Tęcza była halucynacją lub zostałem zahipnotyzowany. Pomyślałem sobie, że poddam go kolejnemu testowi. Poproszę go o zmaterializowanie świeżego owocu – takiego, jakiego nie można dostać o tej porze roku – właśnie tutaj, w tym pokoju, bez ostrzeżenia. Po kilku minutach Swami zamilkł i poruszył dłonią w swój zwykły sposób. Kiedy uniósł ją w górę ujrzałem leżącą na niej świeżą figę. Wręczył mi ją bez słowa. Zjadłem ją później. Była świeża, jak gdyby właśnie zerwano ją z drzewa. O tej porze roku nie ma fig i jak się potem dowiedziałem nikt ich w tej okolicy nie hoduje”. Przenikliwe, błękitne oczy Joela spojrzały na mnie, jakby mówił: „Czy umieścisz to w swoich notatkach? To absolutna prawda!”. „Więc kiedy zrozumiałeś, że to nie oszustwo, wyjechałeś z Hollywood i zamieszkałeś blisko Niego?”. „Cóż, zmęczył mnie wyścig szczurów w Ameryce, a Swami dał mi ten dom. Mimo wszystko jesteśmy na skraju największego jak dotąd kryzysu. Po co czekać tam na upadek demokracji?”. Zbliżał się wieczór i na drugim końcu pandalu, pomiędzy robotnikami, ujrzeliśmy jasną postać Swamiego. Jego widok rozbudził w Joelu poczucie winy. „Lepiej pójdę i sprawdzę, czy malarze jeszcze pracują”, powiedział. ‘Wystarczy odwrócić się plecami, żeby rzucili pracę i poszli!”. Wiedziałem, że ma nadzorować robotników malujących ścianę domu Swamiego. Lubił być zajęty i pomagać w przygotowaniach do Letniego Kursu – wszędzie tam, gdzie skierował go Baba. Wstaliśmy. „Najpierw”, wskazał ręką, „ustawili tę ściankę z tyłu pandalu. To mnie naprawdę przygnębiło, ponieważ myślałem, że Diana i ja będziemy mogli wieczorami słuchać dyskursów Swamiego przez otwarte okno. Nie możemy nocą zostawiać Chrissi samej. Następnego dnia Swami polecił robotnikom ją usunąć, jakby znów czytał w moich myślach. Potem – dodał Joel ze smutkiem – umieścił tutaj was dwoje, żebyście zasłaniali trybunę”. „Nasza obecność niczego nie zmieni”, zapewniłem go. „Jesteście zaproszeni. Możecie przychodzić kiedy tylko zachcecie, siadać przy otwartym oknie i słuchać Swamiego”. Przeszliśmy przez piasek kierując się w stronę Bhagawana, mając nadzieję na Jego uśmiech, a nawet słowo. Zatrzymaliśmy się niedaleko od Niego i patrzyliśmy. Zostawił grupę robotników i ruszył w naszą stronę. Joel, w pełnej gotowości, natychmiast wyprostował się jak żołnierz, gdy zbliża się starszy sierżant. Swami uśmiechnął się i klepnął go w plecy. „Wojskowy”, powiedział. „Chciałbym, żeby słupy przy bramie zostały pomalowane dzisiaj. Upewnij się, że malarze zrobią to przed odejściem”. „Tak, Swami”. Pomyślałem, że Joel zasalutuje, ale złożył dłonie w geście ‘namaste’ i pobiegł szukać malarzy. Swami zwrócił się do mnie. „Co myślisz o pandalu?”. „Ogromny, a jednocześnie lekki i przewiewny. Będą w nim przebywali studenci?”. „W tym roku będzie 600 studentów. Wieczorami, gdy przyjdzie publiczność, pandal będzie wypełniony po brzegi, a nawet przepełniony”. Po chwili zauważył kilku odwiedzających i zostawił mnie samego, poszedłem więc popatrzeć na Sai Gitę pochłaniającą swój ogromny posiłek z liści. Następnego ranka, gdy przed śniadaniem spacerowałem po ogrodzie, zauważyłem, że słupy podtrzymujące wielką bramę prowadzącą na zewnątrz jaśnieją nową farbą. Były solidne, wysokie i ozdobne, pomalowane na różne kolory. Osiągnięcie takiego efektu pod koniec dnia było prawdziwym wysiłkiem. Zastanawiałem się, ilu malarzy zaangażował Joel do tej pracy. Gdy zbliżała się pora obiadu do naszego mieszkania przyszła Diana, aby oddać się swojemu ulubionemu zajęciu – rozmowie o Babie. Po chwili zapytałem ją gdzie jest Joel, ponieważ nie widziałem go rano. „Och, jeszcze nie wstał”. „Wielkie nieba! Tak późno przyszedł?”. „Bardzo późno. Przez pół nocy malował słupy przy bramie. Ludzie poszli do domu, więc musiał zrobić to sam. Jeśli Swami poleci mu coś zrobić, Joel to robi bez względu na koszty. Czy opowiedział ci o tęczy?”. „Tak! Co za historia!”. „Czy widziałaś tę tęczę, Diano?”, zapytała Iris. „O tak. Trudno jej było nie zauważyć. Jaśniała wszystkimi kolorami i była prosta jak słup. Myślę, że Swami chciał pokazać, że jest to specjalna tęcza”. „Specjalna dla sceptyków”. „Tak, Joel opowiedział o niej wielu ludziom i zaczęto go nazywać ‘tęczowym człowiekiem’. A mimo to nie potrafię go przekonać, że Swami jest Awatarem”. Kiedy po obiedzie spotkałem ‘tęczowego człowieka’, miał przekrwione oczy i pocętkowaną twarz. „Widzisz”, tłumaczył mi, „w jednej ręce musiałem trzymać latarkę, w drugiej pędzel. Założyłem siatkę na głowę, ale nie mogłem jej utrzymać na miejscu podczas pracy, więc komary dobrały się do mojej twarzy, doprowadzając mnie do szaleństwa. Praca zajęła mi większość nocy. Teraz boję się spojrzeć jak to wypadło i usłyszeć, co na ten temat ma do powiedzenia Swami. Malarze odeszli gdy rozmawiałem z tobą”. „Według mnie wygląda dobrze”, odpowiedziałem. „Ciężka praca, wykonana dla Pana. Musisz być karma joginem, Joel”. „Ja? Jestem idiotą”.cdn. tłum. J.C. [3] Miasto w Australii, stolica Tasmanii.[4] Jiddu Krishnamurti (1895 – 1983 r.) – hinduski filozof, wg którego możemy uzyskać pełną wolność poprzez wolną od idealizmu obserwację swojego umysłu.[5] J. Krishnamurti – The Years of Awakening, Mary Lutyens (John Murray, 1975).[6] Horsley Hills – wzgórza w stanie Andhra Pradesh słynące z bujnej roślinności i chłodniejszego klimatu.[7] Guindy – dzielnica Madrasu[8] Indra Devi – Eugenia V. Peterson (1899 – 2002 r.), rosyjska arystokratka-emigrantka, amerykańska aktorka filmowa i tancerka, jedna z pierwszych uczennic Śri Tirumalai Krisznamaćarji. Znana nauczycielka jogi i wielbicielka Śri Sathya Sai Baby.[9] Pandal – tymczasowa konstrukcja, rodzaj namiotu wznoszonego w Indiach na święta religijne.[10] Michaił Naimy „Księga Mirdada” Książka przedstawia serie dialogów między Mirdadem, opatem klasztoru i jego uczniami. „Księga Mirdada” czerpie z różnych filozofii. Wzywa do jedności i powszechnej miłości różne grupy ludzi, jak również krytykuje materializm i puste rytuały religijne.[12] Harry Houdini – jeden z najsławniejszych iluzjonistów wszechczasów, specjalista od ucieczek i pokazów akrobatycznych.
„Mirdad”[10]