Świętowanie w Kodai 2009 r.
Piąty, szósty i
siódmy dzień

Serdecznie
zapraszamy do przeczytania pięknego opowiadania o dwunastodniowym pobycie Pana
w Kodai, na przełomie kwietnia i maja 2009 r. Piąty dzień zdominowały dwa
wydarzenia: poranna przejażdżka studentów łodziami i trzecia burra katha[1].
Zacznijmy od przejażdżki łodziami.


Chyba najbardziej znanym punktem orientacyjnym w Kodaikanal jest jezioro. W pewnym sensie leży nad nim całe miasto. Tylko niewielu zdaje sobie sprawę, że jest ono sztuczne. Stojąc w jego pobliżu i rozglądając się wokół, widzimy okalające go wzgórza. Kiedyś, u podnóży tych wzniesień zbierała się woda deszczowa, spływająca ze stoków i tworzyła moczary. Woda z moczarów sączyła się niżej i była wykorzystywana przez rolników do kultywacji upraw. Moczary były zasilane przez drobne wodospady, tworzące niewielkie, ginące w bagnach strumyki. Niektóre z nich możemy zobaczyć nawet dzisiaj, jeśli wdrapiemy się na grań. Wyglądają jak palce wielkiego jeziora. Latem 1863 roku, kiedy Kodai zaczęło przyciągać coraz liczniejszych europejskich gości, Francuz o nazwisku Ciceron, mający tutaj dom, przekonał Sir Vere Levinge’a, emerytowanego zarządcę okręgu Madura[2], że jeśli w dolnej części moczarów wzniesie się niewielką groblę, to w ciągu kilku lat miasto zyska piękne jezioro. Sir Vere próbował wynająć do wykonania tej fizycznej pracy mieszkańców okolicznych wiosek, ale spotkał się z odmową, ponieważ rolnicy obawiali się, że grobla zatrzyma spływającą wodę, co zaszkodzi uprawom. Sir Vere ostatecznie przekonał wieśniaków, przyrzekając im dobrą zapłatę i rozebranie grobli, gdyby odczuli dotkliwy brak wody. Grobla powstała bardzo szybko, ale napełnianie jeziora na nizinie, z którego teraz słynie, trwało trzy lata. Obecnie, w sezonie deszczowym, jezioro zalewa równiny i dostarcza wodę do zbiornika w mieście Palani, szczycącym się świątynią Pana Murugi.
W
1890 r. powstał w Kodai Klub Jachtowy i z biegiem lat stał się ulubionym
miejscem spotkań klubowiczów. W trosce o dochody, łodzie zaczęto wypożyczać i
teraz trudno nie zauważyć pływających po jeziorze turystów. Odkąd Swami zaczął
zapraszać tu studentów, każda wyprawa składa się z czterech niezmiennych
elementów: z wycieczki, połączonej dawniej z piknikiem, z wizyty w „Domu na
wzgórzu”, z eskapady konnej i na koniec, z zakupów. Piąty dzień
przeznaczano na przejażdżkę łodzią. Jak zwykle, przygotował ją członek Klubu
Jachtowego pan V. Srinivasan, po wcześniejszym wysłuchaniu instrukcji Swamiego.
Pływanie łodziami odbyło się po sesji porannej. Słońce stało wysoko na niebie i
wierzcie mi lub nie, chwilami grzało bardzo mocno, nawet jak na Kodai. Kupiono
więc chłopcom czapki i żeby utrwalić pamięć tych uroczych chwil, zrobiono
mnóstwo zdjęć. Tak minął ranek. Przenieśmy się teraz na wieczorne bhadżany,
podczas których chłopcy prezentowali wierszowaną burra kathę. Po występie muzycznym chłopcy śpiewali bhadżany i
Bhagawan przyjął arathi. Tak w 2009r. zakończył się piąty dzień wizyty w Kodai. Był bardzo szczególny, ponieważ
wielbiciele otrzymali błogosławieństwo wysłuchania poruszającej historii o Boskiej
Matce w obecności Jej Boskiego Syna, naszego ukochanego Bhagawana Baby! (Zdjęcia z tej uroczystości - poniżej)




Dzień szósty
Dzień szósty w Kodai w 2009 r. był względnie swobodny, studenci angażowali się tylko raz. W poprzednim epizodzie odnieśliśmy się do czterech ważnych elementów każdej wyprawy do Kodai. Jednym z nich była przejażdżka łodziami. Drugim były zakupy, odbywające się przeważnie na samym końcu. Jednak w 2009 r. miały miejsce trochę wcześniej, ponieważ wyprawa była krótsza, chociaż jak zawsze rozkoszna. Wypad na zakupy nigdy nie zaczyna się rankiem. Swami przyjeżdża do Kodai, żeby się zbliżyć do wybranych studentów. Jednocześnie jest w pełni świadomy obecności dużej liczby wielbicieli, przybyłych tutaj tylko po to, żeby otrzymać w górach Jego darszan. Już wiele lat temu darszan w Kodai był czymś nadzwyczajnym, ale w ostatnich czasach stał się jeszcze bardziej niezwykły. W 2009 r. do Bangalore przyleciało wyczarterowanym samolotem sześć mieszkanek Londynu. Z Bangalore udały się do Madurai małym wynajętym odrzutowcem. Z Madurai do Kodai przyjechały, jak wszyscy, samochodem. Grupie przewodniczyła zamożna Greczynka, zajmująca się bezinteresowną służbą, którą często pełniła na terenach ogarniętych wojną. Swami przy wielu okazjach dawał jej sposobność mówienia w Swojej boskiej obecności. Tak, darszan w Kodai jest niezwykłym błogosławieństwem. Przypomina wyprawę na Kailasę na spotkanie z Panem Śiwą. Swami nie zawiódł Swoich wielbicieli. Przychodził każdego ranka i dawał im przepiękny darszan. W taki właśnie sposób rozpoczął się również szósty dzień pobytu w Kodai. Swami pojawił się, gdy słońce świeciło jasno na niebie. Przez chwilę siedział w fotelu obok werandy, a potem ruszył między ludzi.


Brał listy i błogosławił kobiety i mężczyzn, przemieszczając się w jedną i w drugą stronę. Potem siedział na wyższej werandzie i uśmiechał się słodko, a chłopcy śpiewali z wielkim zapałem. Zakupy odbyły się po darszanie. Żebyście mogli sobie wyobrazić jak to wyglądało, powiemy, że podczas każdej podróży Swami daje chłopcom na zakupy sporą sumę pieniędzy. Chłopcy protestują, mówiąc: „Swami, tyle nam już dałeś! Czemu dajesz nam teraz?” A Swami odpowiada: „Bangaru, istnieją ku temu dwa powody. Kiedy wrócicie do domu, członkowie waszych rodzin, wasi najbliżsi, zapytają: „Co przywiozłeś nam z Kodai?” To naturalne i w rzeczywistości tradycyjne oczekiwanie. Dlatego zawsze coś im przywoźcie! Poza tym, czy wiecie ile tu mieszka osób ze względu na obecność Swamiego? Kiedy Swami przyjeżdża do Kodai, do ich sklepów zagląda mnóstwo ludzi i robi zakupy. Dbam o nich również, nie tylko o was! A jak to robię? Dając wam pieniądze na upominki! Więc idźcie i kupujcie, ale tylko rzeczy pożyteczne. Pokażcie Mi je po powrocie. A przy okazji, dajcie pierwszeństwo sklepom prowadzonym przez tybetańskich uchodźców. Nie targujcie się! Po prostu zapłaćcie żądaną cenę i kupujcie, co zapragniecie!” Tak to zwykle wygląda. Dowiedzmy się od towarzyszących Swamiemu chłopców, co się wydarzyło w 2009 r. Oto co powiedział Pavan Kumar: „Rankiem, Swami osobiście wręczył każdemu z nas po 500 rupii i powiedział: ‘Dzisiaj idziecie na zakupy. Czy to wam wystarczy? Może chcecie więcej?’ Tyle troski! Więc po południu wybraliśmy się na zakupy i po powrocie, jak zwykle, zanieśliśmy je do Swamiego: „Swami, zobacz proszę, co kupiliśmy!” Tak samo było w tym roku. Swami bardzo się ożywił, gdy chłopcy pokazywali Mu zakupy.


„Swami, to jest dla mojej mamy”,
„Swami, kupiłem to dla mojego taty”. Był taki szczęśliwy i błogosławił każdy
prezent dla rodziców i bliskich! Niektórzy chłopcy kupili prezenty również dla
Swamiego – chusteczki i szale, ale On nigdy niczego nie wziął dla Siebie!


Ofiarowanie Swamiemu muszli z wygrawerowanymi słowami "Kochamy Cię Swami!"
Po prostu błogosławił te rzeczy i
mówił: „Ty to zatrzymaj!” Sai Shyam, student urodzony w Shimla, który miał
przywilej studiowania w szkole Swamiego już od podstawówki, a potem ukończył
informatykę i jest obecnie członkiem wydziału na Uniwersytecie Sri Sathya Sai w
campusie Brindawan, wchodził w skład tej grupy i podejmie opowieść w
miejscu, gdzie przerwał ją Pavan. „W sklepie, w którym potrafią od razu wygrawerować
napis, kupiliśmy muszlę. Poprosiliśmy o wygrawerowanie: „Kochamy Cię, Swami!”
Ofiarowując prezent Swamiemu, modliliśmy
się, żeby go zatrzymał. I chociaż Swami tego nie zrobił, to dał nam pełną
miłości lekcję. Powiedział: „Nie piszcie na zewnątrz: ‘Kochamy Cię, Swami!’
Napiszcie to w sercach!” Preti Ranjan Satyadeep ze stanu Orissa, kolejny absolwent
informatyki, przytoczy więcej anegdot związanych z tym pięknym epizodem. „Zanim
wyruszyliśmy, Swami powiedział do nas: „Ci Tybetańczycy czekają na was i myślą:
'Gdy przyjeżdża Baba, wysyła studentów na zakupy'. Więc nie spierajcie się o
cenę! Dajcie sumę, jakiej zażądają!” Tak bardzo się nimi przejmował! W rzeczywistości
dał nam pieniądze, żebyśmy je wśród nich rozdzielili, dobrze się przy tym
bawiąc. Podczas zakupów zrobiliśmy zdjęcia małych, rezolutnych dzieci.
Pokazaliśmy je Swamiemu na ekranie aparatu cyfrowego. Początkowo Swami wziął je
za lalki! Zapytał: „Za ile je kupiliście?” Odrzekliśmy: „Swami! To są dzieci!”
Swami powiedział: „Ach, dzieci! Gdy są małe, wszystkie wyglądają tak miło! Gdy
dorosną, stają się nieznośne!” Oto do jakiego stopnia te spotkania były
nieformalne i bliskie. Czy wiecie, że Swami czasami osobiście robi zakupy?
Myślicie sobie: „Co? Swami robi zakupy!” No więc, nie zupełnie w tym sensie, w
jakim rozumiemy to słowo. Pan zawsze działa w wielu kierunkach na raz.
Posłuchajcie rozmowy z prof. Anilem Kumarem, zarejestrowanej na klipie w 2003
r., a zrozumiecie, o czym mówimy.
Prof. Anil
Kumar
(AK): „Myślę, że będziecie jeszcze
bardziej przejęci i poruszeni, kiedy wam zdradzę, że Bhagawan kupuje w Kodai
nadziewane cukierki i ciastka francuskie. Kiedyś kupił dwadzieścia pięć ciastek
i załadował nimi cały swój samochód. Później częstował nimi VIP- ów. Byli
zdumieni. Więc Bhagawan zapytał ich: „Czy wiecie dlaczego je kupiłem? Tutaj w
Kodaikanal jest trochę starszych, nie mogących się poruszać ludzi. Ich dzieci
utrzymują się ze sprzedaży ciastek. Więc kiedy je kupuję, wracają do domu
z pieniędzmi, oddają je rodzicom i tego dnia czują się bezpiecznie.” Od
tej chwili wszyscy zaczęli kupować francuskie ciastka. Za dwadzieścia ciastek
płaci się mniej więcej 10 rupii, ale Swami dawał im po 500. Zapytałem: „Swami,
dlaczego tak dużo?” Odpowiedział, że nie płaci za ciastka, lecz ofiarowuje im Swoją
miłość! To nie była cena ciastek, ale miłość, jaką czuł do nich Bhagawan. Byłem
naprawdę szczęśliwy, gdy pewnego dnia Swami zawołał studentów i powiedział do
nich: „Chłopcy, widzieliście dziewczyny z Tybetu sprzedające rzeczy z wełny?
Idźcie wszyscy i kupcie je, żeby były szczęśliwe!” Kiedy Swami jest w Kodai,
ludzie robią dobre interesy. Pewnie słyszeliście o słomianych kapeluszach?

Prof. G.
Venkataraman (GV): Słomiane kapelusze? Rzeczywiście, chyba mam fotografię
Swamiego i pana Narasimhamurthy w słomianych kapeluszach.
AK: Pewnego
dnia Swami wysiadł z samochodu, kupił słomiany kapelusz i nosił go! Wkrótce
całe Kodaikanal było pełne słomianych kapeluszy. Bhagawan powiedział: „Widzisz,
teraz mają mnóstwo pieniędzy i są bardzo szczęśliwi.” Byli biedni i czekali na
przyjazd Bhagawana do Kodai, ponieważ wraz ze Swamim przybywa Lakszmi (bogini bogactwa)
i opiekuje się ich życiem. Pewnego dnia Swami wezwał dwie służące, bardzo
biedne kobiety i dał im jedwabne sari. Zastanawiałem się, dlaczego.
GV: Jak wybrał
te kobiety?
Dzień siódmy
Siódmy
dzień w Kodai w 2009 r. był naprawdę niezwykły, ponieważ to, co się wtedy
wydarzyło było fantastyczne i zupełnie niespodziewane. Lecz zanim dotrzemy do
tego najważniejszego momentu, mającego miejsce wieczorem, zobaczmy co działo
się wcześniej.
AK: Pracowały w aśramie, myły naczynia. Swami dał im jedwabne sari. Zapytałem: „Swami, jedwabne sari dla służących?” Swami spojrzał na mnie i powiedział: „To Ja daję. Więc czemu rozpaczasz? (śmiech) Jesteś zazdrosny?” Odparłem: „Nie Swami, one nie mogą sobie pozwolić na jedwabne sari, dlatego nie wiem, dlaczego im dajesz tak drogie ubrania.” Odrzekł: „Będą mogły je teraz nosić, chodzić na wesela i na podobne imprezy. Odwiedzając krewnych, ubiorą się w te sari i oznajmią: ‘Dostałam je od Sai Baby’. To im sprawi wielką radość. Sai kocha wszystkich, a Jego mundurem jest miłość.” Tak więc Swami robi bezpośrednio zakupy nie dlatego, że czegoś potrzebuje, ale żeby w inny sposób szerzyć miłość. Prawdę mówiąc, można powiedzieć, że Kodai jest niepowtarzalnym rozdziałem Sai Bhagawatham, pełnym przepięknych zdarzeń i zdumiewających historii. Tyle o zakupach robionych przez chłopców i przez samego Swamiego. Ale co o dawaniu czegoś Swamiemu? Kiedyś Swami powiedział z rozbawieniem: „Tak dużo daję tak wielu. Mnie jednak nikt niczego nie daje!” Czego Swami się po nas spodziewa, jeśli w ogóle się spodziewa? Prof. Venkataraman odpowiedział na to pytanie w jednym ze swoich wcześniejszych artykułów. Oto cytat: „Czy Swami spodziewa się, że damy Mu coś osobiście? Wcale nie. Wszystko, czego od nas oczekuje, sprowadza się do tego, że będziemy szerzyli anandę, pod każdą znaną nam postacią. Jednym słowem, to, co dostaniemy od Pana, mamy przekazywać na swój sposób dalej, całemu szerokiemu światu. To nasza powinność i zobowiązanie, o którym nie wolno nam zapominać. Wyrażając to inaczej, błogość, jaką otrzymujemy od Swamiego jest Jego prasadamem. Dzielmy się nim jak najszczodrzej.”
W przeciwieństwie do trzech poprzednich dni, gdy wystawiano burra kathy, wieczór szóstego dnia przebiegał zwyczajnie, to znaczy, śpiewano bhadżany.
Dzień siódmy
Siódmy
dzień w Kodai w 2009 r. był naprawdę niezwykły, ponieważ to, co się wtedy
wydarzyło było fantastyczne i zupełnie niespodziewane. Lecz zanim dotrzemy do
tego najważniejszego momentu, mającego miejsce wieczorem, zobaczmy co działo
się wcześniej.


Wcześniej złożono wizytę panu Majivowi Mahajanowi. Pan Mahajan jest oddanym wielbicielem, ogromnie zaangażowanym od chwili, gdy Swami otworzył w Prasanthi Nilayam pierwszy Szpital Super Specjalistyczny.

Mieszka w Delhi i zajmuje się importem i dystrybucją najnowocześniejszej aparatury elektronicznej, m.in. do wykonywania tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego. Nic dziwnego, że Swami wszedł wtedy w jego życie. To typowe dla Awatara Sai. Wielbiciele przychodzą we właściwej chwili. W pewnym sensie, ta prawda odnosi się również do Pana Ramy. Na przykład, Hanuman, najwspanialszy przykład zaangażowanego i nadzwyczaj lojalnego wielbiciela, pojawił się na scenie dopiero po porwaniu Sity, ponieważ jego rolą było zdobycie informacji o miejscu Jej przetrzymywania.

Wróćmy jednak do pana Mahajana.
Od wczesnych lat 90-tych często odwiedzał Puttaparthi, przyjeżdża na wszystkie
święta, jak również pierwszego dnia każdego miesiąca, ponieważ wtedy wyrusza
stąd do wiosek duży mobilny szpital, w którym operuje chorych przez kolejne
czternaście dni.
Gdy usłyszał, że Swami często odwiedza Kodai, natychmiast kupił tu dom. Wybrał bungalow stojący obok słynnego „Domu na wzgórzu”. „Dom na wzgórzu” ma długą i interesującą historię. Kiedyś zajmowała go znana amerykańska lekarka dr Ida Sudder, blisko związana ze słynnym Szpitalem Chrześcijańskim w Vellore, na południu Indii, przekształconym obecnie w uniwersytet. Nawiasem mówiąc, dr H.S. Bhat, obwołany ojcem indyjskiej urologii, który mimo przekroczenia dziewięćdziesiątki nadal dzielnie pracuje w Super Specjalistycznym Szpitalu Swamiego, przez kilkadziesiąt lat był zatrudniony w Szpitalu w Vellore. Wróćmy jednak do „Domu na wzgórzu”. Ma ponad sto lat i wyznacza najwyższy punkt w Kodai. Posiadłość jest dosyć duża, ma jakieś osiem, dziewięć akrów. Budynek ma drewniane podłogi i ogromne, niesamowite drewniane krokwie, wyciosane z birmańskiego drewna tekowego, obecnie zupełnie nieosiągalnego. We wcześniejszych latach piknik na wzgórzu był niemal obowiązkowy. Spędzano tu cały ranek, zjadano obiad i urządzano sesję fotograficzną. Żeby przedstawić całą historię tych pikników, wyjaśniamy, że organizował je pan Mahajan. Gdy przychodziła pora pożegnania, Swami odbywał krótką, prywatną wizytę w jego domu, a my czekaliśmy na zewnątrz. Przy okazji, „Dom na wzgórzu” znajdował się bardzo blisko pola golfowego. Dlaczego użyliśmy zwrotu „we wcześniejszych latach”? Z bardzo prostego powodu – posiadłość została sprzedana, ze względu na mnóstwo palących przedsięwzięć. Jednym z nich był „projekt budowy domów w Orissie[3]”.

